Kiedy zapada noc, a ludzie idą spać, budzi się niesamowity spokój. Cisza ogarniająca przestrzeń i wieczorny chłód, niesamowicie kontrastują z gwarem i upałem dnia. Szczególnie można odczuć to tutaj, w Afryce.

W dzień otacza nas gwar przy lokalnych sklepikach, śmiech dzieci z wiosek, które mijamy, trąbienie kierowców pozdrawiających inne mijane samochody. Do tego upał, który momentami staje się nieznośny, ale powoli każdy z nas się do niej przyzwyczaja. Nikogo nie dziwi już temperatura zbliżająca się do 40 stopni.

Leżę właśnie pośrodku kraju Dogonów, w południowej Mali. Od świata zewnętrznego odgradza mnie tylko niewidoczna moskitiera, chroniąca przed komarami.

Lubicie patrzeć w gwiazdy? Ja uwielbiam! Każda noc, którą uda mi się spędzić poza miastem, pod bezchmurnym niebem, jest cudowna. Pozwala na wyciszenie się po całym dniu i przemyślenie tego, czego nauczył nas mijający dzień. Między innymi dlatego tak uwielbiam wyjazdy na Mazury, czy do lasu na obozy harcerskie. Jednak tutaj jest inaczej. Gwiazdy wydają się równie egzotyczne i dzikie, co otaczające nas tereny. I jest ich jakby więcej. Wrażenie potęguje fakt, że są to gwiazdy, których przeważnie jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziałem.

Na nasze postrzeganie tego kontynentu w największej mierze wpływają ludzie, których spotykamy każdego dnia. Tak naprawdę nasz dzień i dalsza podróż w ogromnej mierze zależą właśnie od nich i od tego, czy im zaufamy, czy zechcemy się z nimi porozumieć.

Młodzież mieszkająca w Mali

Chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o jednym z takich ludzi. Właśnie śpi w domku obok, a jeszcze wczoraj był dla nas całkiem obcym człowiekiem, któremu o mały włos nie zaufalibyśmy i który nie wpłynąłby na nasze postrzeganie tej krainy.

Cofnijmy się więc o dwa dni.

Jesteśmy teraz w stolicy Mali, w Bamako. Zatrzymaliśmy się w hostelu „The sleeping camel”. To bardzo turystyczne miejsce, a goście są tu z całego świata. Nawet właściciel jest nietutejszy, pochodzi z USA.

Jak większość turystycznych miejsc noclegowych w miastach, i to otoczone jest grubym, trzymetrowym murem z drutem kolczastym na szczycie. Cały teren jest monitorowany, a wejścia bronią podwójne stalowe drzwi, przy których całą dobę siedzi ochroniarz. Niestety, w mieście jest to podobno niezbędne, bo turyści budzą spore zainteresowanie. W szczególności ich rzeczy (o czym przekonam się podczas tej podróży dwukrotnie). W środku jest to piękne, przyjemne miejsce, co pozwala szybko odwrócić myśli od ciekawości, przed czym tak dokładnie chroni nas ten mur.

Roi się tu od pasjonujących ludzi. Jednym z nich jest skaut z Wielkiej Brytanii, który razem ze swoją mamą i psem od paru miesięcy podróżuje po całym świecie w niebieskiej ciężarówce, nie pierwszej zresztą młodości. Tu również po raz pierwszy (i nie ostatni) w Afryce przekonuję się, jak bardzo świat jest mały. W śpiącym wielbłądzie na jedną noc zagościł również Austriak, z którym wymieniliśmy sporo maili jeszcze przed wyjazdem. Wiedziałem, że czasem podróżuje po Afryce, ale nie spodziewałem się, że znajdziemy się akurat w tym samym miejscu i w tym samym czasie, na czarnym lądzie.

Okazało się, że kilka ostatnich dni spędził w rejonie, do którego właśnie zmierzaliśmy. Jego przewodnik ostrzegał nas przed walkami, jakie tam się toczą. Opowiedział również, że czasem policja w ramach bezpieczeństwa turystów odwozi prosto na najbliższe lotnisko. Ewentualnie ładuje się do samochodu i za „drobną opłatą” robi za ochronę. Przewodnik Austriaka oczywiście znał sposób, jak pokonać te trudności i za niemałą kwotę mógł pojechać z nami. Ale przed nami było jeszcze półtora miesiąca podróży, nie mogliśmy więc pozwolić sobie na takie luksusy. Postanowiliśmy zaryzykować, a w razie problemów po prostu zmienić trasę i ominąć tamten rejon.

Następnego dnia ruszamy w drogę. Przez pół drogi analizujemy, czy podjęliśmy słuszną decyzję i czy nie jest to ryzyko, które szybko może zakończyć naszą przygodę.

Mniej więcej w połowie drogi natrafiamy na kontrolę wojskową. Idziemy z paszportami do kontroli i modlimy się w duchu, żeby tylko nie zaczęli żądać od nas dodatkowych opłat albo, co gorsza, żeby nie kazali zawrócić.

Na mundurze jednego z żołnierzy jest naszywka z flagą Unii Europejskiej. To dobry znak, więc pytamy o nią. Okazuje się, że to pamiątka po wspólnych ćwiczeniach z jednostkami z naszego kontynentu. Drugi wojskowy w tym czasie przegląda dokumenty i spisuje dane. Kontrola przebiega dość sprawnie i nic nie wskazuje na to, aby miała nas czekać jakaś przykra niespodzianka.

Żołnierz z naszywką w tym czasie skrupulatnie coś wylicza na kawałku gazety. Pyta nas o liczbę osób i coś mnoży, po czym pokazuje wyliczenia. „Okej?” -pyta. Spoglądam na rachunek i szybko przeliczam w pamięci. „Okej” – mówię. Widząc jego zaskoczoną minę i nieśmiałe próby tłumaczenia, że chodzi mu o pieniądze, odwracam się szybko na pięcie i zmykam do samochodu. Na szczęście drugi żołnierz już kończy kontrolę i oddaje nam dokumenty. Korzystając z zaskoczenia wojskowego „matematyka”, odjeżdżamy jak najszybciej w dalszą drogę.

Dojeżdżamy do celu naszej podróży, czyli do miejscowości Bankass. Tam najpierw załatwiamy nocleg w Hotelu Nommo, a potem szukamy przewodnika, który zabierze nas do dogońskich wiosek. Właściciel hotelu chętnie oferuje swoje usługi, w nadziei na szybki zarobek. Niestety, kwota, której żąda jest zdecydowanie poza naszym zasięgiem. Wyruszamy więc na główną ulicę Bankass, w poszukiwaniu tańszej opcji.

Największym problemem jest język. Nikt tutaj nie mówi po angielsku, a my nie mówimy po francusku. Chodząc od sklepu do baru, zaczepiamy ludzi, próbując tłumaczyć im, że szukamy kogoś, kto mówi po angielsku. Jeden z mężczyzn, bardzo przyjazny na pierwszy rzut oka, wydaje się nas rozumieć, ale niestety, widać, że gość jest już mocno zjarany. Pyta, skąd przyjechaliśmy i czy mamy, gdzie spać. Odpowiadamy grzecznie, ale krótko i ruszamy dalej szukać przewodnika.

Na końcu ulicy mamy dość. Kto by przypuszczał, że przewodnik to tutaj taki unikat? Nagle, jak spod ziemi, wyrasta przed nami mężczyzna na skuterze i używając co trzeciego słowa po angielsku, tłumaczy, że zaraz przywiezie nam kogo trzeba. Czekamy niecierpliwie. Gdy wreszcie wraca, na siodełku wiezie znajomego już nam zjaranego mężczyznę. Prawdopodobnie jest on naszą ostatnia szansą, więc próbujemy się z nim dogadać.

To Baba. Okazuje się, że zawodowo zajmuje się oprowadzaniem turystów po okolicy. Na dowód pokazuje zdjęcia i rekomendacje od turystów, dla których już pracował. Ma niewygórowaną stawkę, ale i prośbę o rekomendację, jeśli oczywiście nam się spodoba. Budzi bardzo dużą sympatię, więc dobijamy targu.

Następnego dnia rano ruszamy do pierwszej dogońskiej wioski. Baba, przyzwyczajony, że turyści przyjeżdżają samochodami z napędem na cztery koła, prowadzi nas przez tereny pustynne. Droga co prawda była wyjeżdżona, ale pierwszy większy podjazd pod górę skutecznie nas zatrzymuje. Obawiamy się, że odkopanie auta zajmie nam cały dzień i pewnie trzeba będzie zawrócić. Jednak Baba od razu bierze się z nami do dzieła i dosłownie po chwili nasza „czarna pantera” wykopuje się spod piasku. Już bez przeszkód dojeżdżamy do celu, czyli Kani-Kombole.

Rolnictwo w Kraju Dogonów

Resztę dnia spędzamy, integrując się z miejscową ludnością i zwiedzając okoliczne wioski. Większość z nich ulokowana jest wzdłuż skalnego urwiska, a niegdyś domy Dogonów były rzeźbione w głębi tych skał. Życie Dogonów to kopalnia ciekawych faktów i legend, ale o tym opowiem Wam w innym wpisie.

Teraz wróćmy do głównego tematu.

Rzeźby w wiosce dogonów

Noc mamy spędzić na działce przyjaciela Baby, Senegalczyka. Zapada zmrok, w okolicznych domostwach słychać gwar wieczornych przygotowań do snu. Co jakiś czas zza niskiego murku okalającego działkę, wychylają się głowy ciekawskich dzieci i słychać ich chichoty.

Rozmawiamy, porównujemy, jak wygląda życie tutaj, a jak w Europie. Jak już się zdarzało w czasie naszej podróży, i tu nasze opowieści budzą śmiech. Zahaczamy o politykę i religię. Baba opowiada o podejściu lokalnej ludności do ISIS. Dlaczego popiera się tutaj tę organizację. Ano dlatego, że wynika to z prostej kalkulacji. Dogoni, którzy od zawsze czują się wspólnotą wewnątrz Mali, większość potrzebnych do życia dóbr wytwarzają sami, ale jako obywatele tego kraju, muszą płacić podatki. Państwo obiecuje im za nie miejsca pracy, drogi czy szkoły, jednak kompletnie mija się to z rzeczywistością, bo Dogoni pracę mają, za drogi służą im wyjeżdżone przez wozy ścieżki, a jedyną szkołę, jaką posiadają, ufundowała i utrzymuje dla nich Francja. Płacić podatków nie chcą. I tu z pomocą przychodzi im ISIS, tłumacząc, że w razie czego, wystarczy telefon, by obronić ich przed poborcami. Na tym tle często dochodzi do walk w tym rejonie.

Sytuacji Dogonów nie poprawia fakt, że do wiosek, które są położone dalej od szkoły, dociera tylko nauka wędrownych nauczycieli Koranu. Ci, oczywiście, uczą własnej interpretacji zasad panujących w tej religii. Popularność religii wzmacnia fakt, że raz w roku kościół muzułmański rozdaje ludziom pieniądze i jedzenie. W oczach mieszkańców to znacząca wartość dodana.

Tutaj należy wspomnieć, że nasz Baba również jest muzułmaninem. Jednak łączy to z Rastafarianizmem. Czerpiąc dodatkowo wiedzę z internetu oraz od ludzi, których spotyka, jest świadomy tego, że takie podejście nie jest dobre, a Państwo Islamskie jest złe. Bardzo przytomnie twierdzi, że nawet jeżeli ludzie nie dostrzegają wartości płynących z posiadania rządu, to bez władzy, zapanowałaby anarchia.

Rozmawialiśmy długo, ale w pewnej chwili nasz gospodarz, Senegalczyk oznajmił, że przed bramą czeka na nas niespodzianka. Na zewnątrz czekali na nas mieszkańcy wioski, głównie dzieci i młodzież. Kiedy stanęliśmy z nimi w kręgu, mężczyźni zaczęli grać na instrumentach, a młodsi rozpoczęli swój tradycyjny taniec, symbolizujący drogę ku przyszłości. Po krótkim instruktażu i my dołączyliśmy do tańczących. By podziękować za miłe przyjęcie, podarowaliśmy dzieciom część zabawek i materiałów szkolnych, takich jak kredki, bloki rysunkowe, czy plecaki, które wieźliśmy ze sobą.

Dary dla Dogonów

I tutaj lądujemy w momencie, w którym rozpocząłem ten wpis.
Wrażenie, jakie wywierały na mnie gwiazdy na niebie, potęgowane były więc przez wydarzenia całego dnia.

Nie oceniaj książki po okładce. To jedna z ważniejszych lekcji, jaką dała mi Afryka. Pomyśleć, że gdyby nie fakt, że ktoś drugi raz dał nam szansę, aby spotkać się z Babą, to mogliśmy go nigdy nie poznać. Na szczęście, mimo pierwszego złego wrażenia, zaprzyjaźniliśmy się z nim i do tej pory mamy z nim kontakt internetowy. Mam nadzieję, że uda nam się go jeszcze spotkać w niedalekiej przyszłości.

Kraj Dogonów wywarł na mnie niesamowite wrażenie i podsumowując całą podróż przez Afrykę zachodnią, jest to jedno z dwóch, najlepszych miejsc, jakie dane nam było odwiedzić. Cały czas, planując powrót do Afryki, wszyscy wspólnie myślimy, żeby wrócić właśnie tam.

Z dedykacją dla: Koreissi El-patia Kone („Baba”)