Czternasty lutego jednoznacznie kojarzy się nam wszystkim z miłością. Zazwyczaj jest to miłość do drugiego człowieka. Jednak tym razem chciałbym Wam opowiedzieć o trochę innym uczuciu. O zachwycie i zauroczeniu, przeplatanymi chwilami niepewności, zrezygnowania i strachu.
Oto jak spędziliśmy walentynki w Afryce.

Żebyście mogli lepiej zrozumieć, jakie emocje nam towarzyszyły, cofnijmy się do dnia poprzedniego, 13.02.

Wizę do Demokratycznej Republiki Konga wyrobiliśmy sobie jeszcze w Beninie. Jej turystyczną wersję dostaliśmy na 8 dni. Musieliśmy więc bardzo rozsądnie podać dzień, w którym wjedziemy do tego kraju, aby później móc na spokojnie przez niego przejechać. Najlepiej przy okazji coś zwiedzając.

Po jak najdokładniejszych wyliczeniach stwierdziliśmy, że termin rozpoczęcia wizy 6 lutego będzie optymalny. Uwzględniliśmy wszelkie utrudnienia drogowe i ewentualne powody opóźnień, jakie przyszły nam do głowy. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę najważniejszego. To jest Afryka i tutaj wszystko się może zdarzyć.

Wiza do Demokratycznej Republiki Konga

Oczekiwanie na wizę do Angoli zrobiło swoje. Przez całe biurokratyczne zamieszanie straciliśmy tydzień.

Do Demokratycznej Republiki Konga wjechaliśmy dopiero 13 lutego. Nie mając więc w ogóle czasu, gnaliśmy co sił, do granicy z Angolą. Woleliśmy nie sprawdzać ile czasu i pieniędzy kosztowałoby nas przedłużenie wiz.

No dobra, gnaliśmy to wygórowane słowo, chociaż robiliśmy wszystko, co w naszych siłach.

Droga w Kongo

Do bardzo złych warunków drogowych byliśmy już przyzwyczajeni i wszystko zapewne poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie jeden, niezależny od nas, fakt. Nadciągały chmury. W połączeniu z zachodzącym słońcem widok był przepiękny. Przed nami zrobiło się różowo, za nami widać było jeszcze czyste złote niebo, a od lewej nadciągał ogromny masyw czarnych chmur.

Pogoda w Kongo

Czerpiąc z doświadczenia nabranego podczas jazdy w poprzednich krajach, bardzo poważnie rozważaliśmy zatrzymanie się na nocleg w momencie, w którym byliśmy już pewni, że deszcz nas nie ominie.

Nocleg i przeczekanie deszczu byłoby jak najlepszym wyjściem (szczególnie że na dworze robiło się już ciemno), jednak tylko pod warunkiem, że nie będzie to oberwanie chmury, a rano uda nam się ruszyć z miejsca. Grzmoty i błyskawice szybko rozwiały nasze nadzieje.

Szybkie głosowanie i stwierdziliśmy, że jedyną naszą szansą, aby zdążyć, jest dalsza jazda, nawet w nocy. Dopóki damy radę. Wiedzieliśmy, że wiąże się to ze sporym ryzykiem. Jednak teraz jesteśmy pewni, że była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy wtedy podjąć. W busie zamilkły wszelkie rozmowy i każdy w napięciu obserwował drogę oraz nadciągającą burzę. W tym momencie jedyne, czego pragnęliśmy, to dojechać jak najszybciej od granicy z Angolą, gdzie czekała na nas obietnica dużo lepszych dróg.

Zaczęło padać!

Nie dość, że momentalnie zrobiło się całkiem ciemno, to widoczność utrudniały strugi deszczu. Coś, co do tej pory przez miejscowych nazywane było drogą, a na co w Polsce nikt o zdrowych zmysłach, bez samochodu terenowego, by nie wjechał, zamieniało się powoli w śliską, grząską breję. Wszystko to po to, aby miejscami zacząć zamieniać się w strumienie. Pierwszy raz widziałem, jak droga płynie.

Pomimo całej grozy sytuacji, cały czas udało nam się jechać dalej. Tempo jazdy co prawda pozostawiało wiele do życzenia, ale najważniejsze było, że cały czas jedziemy do przodu. Zatrzymanie się w miejscu mogłoby skutkować utknięciem w Kongo przynajmniej na parę dni.

Deszcz na szczęście w końcu przestał padać, jednak niewiele poprawiło to w warunkach panujących na drodze

Około północy, na drodze prowadzącej ze szczytu góry, trafiliśmy na rzadkie zjawisko w tej części Afryki, na KOREK.

Okazało się, że TIR wpadł w poślizg i utknął w poprzek drogi.

Lokalni kierowcy nie uznają żadnych przepisów drogowych dlatego co odważniejszy próbował przecisnąć się między tirem a przepaścią. Nasz samochód przy próbie jakiegokolwiek podjechania bliżej, zsuwał się w dół razem z błotem. Jedyne co nam pozostało to pójść za przykładem miejscowych i wspólnymi siłami pchnąć TIR-a. Szybko stało się jasne, że jego dalsza droga w tych warunkach jest niemożliwa, dlatego staraliśmy się zepchnąć go chociaż na pobocze.

Ludzie podzielili się na trzy grupy. Jedni pomagali przepchnąć ciężarówkę, druga próbowała się jakoś przecisnąć samochodami, a trzecia świetnie się bawiła.

Minęło jakieś półtorej godziny, kiedy wreszcie nastał przełom. Jakimś cudem udało się i ciężarówka wylądowała na poboczu. Przez ten czas jednak po jednej i po drugiej stronie zrobił się już ogromny korek, a warunki drogowe nie pozwoliły na jego szybkie rozładowanie. Nie mogliśmy jednak narzekać. Przemoczeni, brudni i zmęczeni cieszyliśmy się, że posuwamy się do przodu.

Po kilku kilometrach okazało się, że jest to nie tylko jeden z dwóch najgorszych odcinków drogi, jaki przejechaliśmy w Afryce, ale również najdroższy. Drogę zagrodził nam pijany mężczyzna, informując, że w budynku przy drodze należy uiścić opłatę.

Zaczęliśmy się śmiać między sobą, że ta opłata to chyba na poczet dróg, które dopiero mają tu powstać, ale grzecznie udaliśmy się do okienka.

Przestało nam być do śmiechu, kiedy dowiedzieliśmy się jakiej wysokości jest to opłata. STO DOLARÓW! Patrząc na to, w jakim stanie byli panowie pobierający opłatę zaczęliśmy myśleć, że próbują po prostu od nas wyłudzić pieniądze. Wiedzieliśmy jednak, że bez płacenia się nie obejdzie, ponieważ musieliśmy od nich dostać kwitek uiszczenia opłaty, aby pokazać go na granicy podczas wyjazdu. Zaczęliśmy próby utargowania niższej ceny. W tym momencie jednak otrzymaliśmy do rąk oficjalny cennik opłat drogowych, który potwierdził wysokość opłaty.

Lżejsi o te pieniądze ruszyliśmy dalej.

W pewnym momencie stała się rzecz piękna. Droga z błotnistej przemieniła się w asfaltową.

Wiedząc, że zbliżamy się już do granicy, postanowiliśmy zatrzymać się na dosłownie 2-3 godziny snu.

Widok o poranku wynagrodził nam wszelkie przygody poprzedniego dnia. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć rzekę Kongo w promieniach porannego słońca i leżącą nad nią miejscowość graniczną, Matadi.

Rzeka Kongo

Spaliśmy przy domu bardzo radosnego jegomościa, który postanowił umilić nam poranek pokazami akrobatycznymi. 😛

Mieszkaniec Kongo

Chciałbym, aby te walentynki już do końca odbyły się pod znakiem pięknych widoków i braku problemów, ale przecież podróż wtedy mogłaby się okazać zbyt nudna.

Ruszyliśmy do Matadi i granicy pomiędzy Demokratyczną Republiką Konga i Angolą. Cieszyliśmy się, że udało się uniknąć problemów związanych z przekroczeniem terminu wizy. Jednak tak nam się tylko wydawało.

Matadi

Granica kongijska była starym, betonowym, podłużnym budynkiem składającym się z czterech albo pięciu pomieszczeń.

Pierwsze formalności przebiegły sprawnie i bez problemu, aż trafiliśmy na baaardzo dobrze zbudowanego urzędnika o przyjaznym wyrazie twarzy, który chyba bardzo chciał spędzić z nami więcej czasu. Dzięki niemu mogliśmy przestać myśleć o porannej kawie, bo skutecznie podniósł nam ciśnienie.

Nasz nowy przyjaciel był bardzo zaskoczony, widząc polskie paszporty i to w dodatku w takiej ilości. Bardzo dokładnie im się przyglądał, chcąc pomóc nam znaleźć jakąś nieprawidłowość. Ostatecznie w swoich poszukiwaniach postanowił posłużyć się niezwykłą wyobraźnią i stworzyć nową interpretację przepisów wizowych.

Stwierdził, że skoro dniem, w którym kończy się wiza pozwalająca nam przebywać w jego kraju, jest dzisiaj, czyli 14.02, to powinniśmy wyjechać 13.02. Wyglądał na strasznie zasmuconego tym faktem i zaczął rozmyślać jak rozwiązać ten problem.

Tak kreatywnemu człowiekowi nie było potrzeba dużo czasu, aby znaleźć sposób umożliwiający nam dalszą podróż. Wystarczy, że każdy z nas zapłaci odpowiednią kwotę, która przedłuży nam wizy.

W tym samym czasie dwa pomieszczenia obok, w gabinecie zarządcy tego wesołego miasteczka, zaczęła się rozgrywać historia z niskobudżetowego filmu szpiegowskiego.

Nasz towarzysz podróży z drugiego busa, zapalony fotograf, został oskarżony o fotografowanie pilnie strzeżonego przejścia granicznego, schowanego pomiędzy straganami i górą śmieci.

Zostałem tłumaczem i negocjatorem tego nieporozumienia. Musiałem wykazać się kreatywnością równie dużą co specjalista od wiz, ponieważ okazało się, że oskarżenie było jak najbardziej podstawne.

Linią obrony naszego rodaka było, że owszem patrzył przez obiektyw, ale żadnego zdjęcia nie zrobił, ponieważ w aparacie nie ma żadnej karty pamięci.

W taką ściemę, nie uwierzyłby nikt, a gwoździem do trumny tej historyjki był fakt, że kilku świadków widziało światło flesza. Nie mogliśmy jednak teraz odpuścić i pozwoliliśmy przeszukać im torbę od aparatu oraz przejrzeć zdjęcia na kartach pamięci, które w nim znaleźli. Wiedzieliśmy, że nic na nich nie znajdą, ponieważ nasz agent 07 schował dowody w skarpetce.

Na szczęście ci urzędnicy nie chcieli rozwiązywać naszych problemów w sposób finansowy, a widząc, że starszy mężczyzna nie stanowi zagrożenia (a wystarczającą karą będzie reprymenda, której udzielała mu żona), postanowili odpuścić.

W tym czasie specjalista wizowy prowadził z Wojtkiem rozmowy na każdy temat, ale nie na temat naszych wiz. Nie wyglądało na to, żeby rozwiązanie problemu się zbliżało. Trochę bardziej zdenerwowani postanowiliśmy wspomnieć o kontakcie z ambasadą w celu upewnienia się, czy nasze wizy są po terminie.

Urzędnik nie dał po sobie poznać, żeby zrobiło to na nim jakiekolwiek wrażenie, ale krótko po tym zmienił zdanie na temat ważności naszych wiz i oddał nam paszporty.

Po bardzo długiej nocy i sytuacji na granicy byliśmy już tym zmęczeni i baliśmy się, czym zaskoczą nas strażnicy angolscy.

Nie zawiedliśmy się.

Strażnicy zaskoczyli nas i to bardzo, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Podeszli do nas z dużym profesjonalizmem i pozytywnym nastawieniem. Jedynym minusem okazał się czas oczekiwania. Zaprosili nas do wygodnej poczekalni, która co najprzyjemniejsze była klimatyzowana. W takich warunkach mogliśmy czekać, ile tylko było trzeba. Część z nas postanowiła wykorzystać te warunki do krótkiej drzemki.

Granica Angoli

Po zakończeniu formalności i zjedzeniu przygranicznych przysmaków pojechaliśmy w kierunku stolicy Angoli, Luandy. Dróg asfaltowych co prawda przez większość trasy nie było, ale te piaszczyste były bardzo dobrze ubite i nawet burza, która zaczęła nas gonić, nie budziła w nas już takiego niepokoju jak dzień wcześniej.

Widoki, które nam towarzyszyły, były cudowne, więc większość trasy spędziłem filmując je z dachu naszego busa. Niepokojące były tylko momenty, kiedy w dole przydrożnych urwisk widzieliśmy przewrócone ciężarówki.

Angola

Luanda okazała się pięknym, nowoczesnym miastem.

Na zakończenie tego dnia czekała nas najprzyjemniejsza niespodzianka. Właściciel przystani jachtowej pozwolił nam na darmowy nocleg na jej terenie, udostępniając prysznice z ciepłą wodą.

Stolica Angoli


Tak właśnie spędziliśmy walentynki w Afryce. Co prawda, musieliśmy spędzić, bez naszych drugich połówek, ale pomijając problemy pogodowe, drogowe i urzędnicze, były jednymi z najlepszych. Wypełnione pięknymi widokami, w których nie sposób było się nie zakochać. Z perspektywy czasu, myślę, że były jeszcze piękniejsze dzięki tym trudnym momentom.

Siląc się na głęboką metaforę, można by się pokusić o porównanie do związków międzyludzkich. Trafiają się ciężkie momenty, w których czasami człowiek chce się poddać, ale po nich zawsze przychodzą piękne chwile, o które warto zawalczyć.